Studium Szaleństwa

na granicy potępienia

II – Niepewność

Posted by samaelszafran under Opowiadania

Trap z hukiem opadł na nabrzeże. Sternik, który zeskoczył z pokładu zanim jeszcze ktokolwiek inny zdążył nawet o tym pomyśleć, męczył się teraz z przycumowaniem statku do mariny. Powoli i ze spokojem zaczęto rozładunek, zarówno towarów jak i załogi. Adyriel wyślizgnął się tak szybko, jak to tylko możliwe, byle tylko nie wpaść przypadkiem na Nirijel. Tego najmniej teraz chciał.

Ziemia pod stopami przyprawiała go o lekkie zawroty głowy. Ciężko po tygodniowym rejsie przyzwyczaić się do faktu, że grunt nie kiwa się na lewo i na prawo. No i na lądzie nie będzie tyle rumu.

Ale będzie piwo. Dużo piwa.

- Panie Adyriel! – zawołał go średniego wieku mężczyzna, ubrany w stylową czarną tunikę i ciemnobrązowe, skórzane spodnie. Po wyglądzie widać było, że w dzielnicy portowej był kimś ważniejszym – Panie Adyriel, miło Pana widzieć. Zapewne zachodzi pan w głowę po co pana tu sprowadziliśmy… Ah, przepraszam, gdzie moje maniery. Vincent Adgagge, będe pańskim przewodnikiem i, przynajmniej przez jakiś czas, zleceniodawcą.

Miło poznać – odparł sucho.

Nie lubił arystokracji, nieważne jak bardzo niewyniosła ona była. Fakt bycia „kimś ważnym” w slumsach nie miał najmniejszego znaczenia w dzielnicach obdarzonych nieco większym szacunkiem.

Ehm… Tak, zatem, tego. Pan pozwoli za mną?

*

- …Ale zrozum, on musi dalej zasiadać w radzie! Jej skład, poza przewodniczącym, nie zmienił się ani o jedną osobę!

- Bredzisz. Nikt o zdrowych zmysłach nie podjął by takich działań. A co jeśli nie udałoby się pozamykać wszystkich bram? Co gdyby on wyszedł i faktycznie przejął władzę nad Tamriel? Nikt z rady nie jest na tyle szalony, by zaryzykować aż na tyle.

- W radzie zasiada tylko inteligencja. Ktoś, kto to zaplanował musiał przewidzieć wszystkie prawdopodobieństwa, a tylko ktoś stąd miałby motyw…

- Czy ty nie rozumiesz…

Trzaśnięcie drzwi zagłuszyło dalszą część rozmowy. Może to i dobrze, umysł młodego elfa i tak zdawał się pracować jak guar w polu. Nie mniej jednak, to co usłyszał zmusiło jego umysł do choć odrobiny myślenia. Sprowadzają go tutaj z odległego Leyawiin, w powietrzu wisi coś gęstszego, a dwoje urzędników kłóci się w sprawie jakiegoś spisku? Czy to może mieć związek z nim? Na pewno nie. To tylko zmęczenie.

Nadzieje Adyriela na odrobinę odpoczynku po podróży bardzo szybko zostały ugaszone, gdy tylko weszli do małej izby, oświetlonej raptem przez dwa świeczniki. Mimo że atmosfera sprzyjała małej drzemce, Vincent natychmiast przeszedł do rzeczy.

Zatem, szanowny panie elfie, został pan tu sprowadzony w pewnym konkretnym celu.

Naprawdę?

- Proszę darować sobię ten sarkazm. Stoimy teraz w obliczu poważnego zagrożenia, choć wydawało się że wszystkie już minęły. Cesarz nie żyje, jedyny żyjący potomek stoi teraz zamieniony w kamień na dziedzińcu świątyni, przewodniczący rady cesarskiej rezygnuje ze stanowiska, a teraz jeszcze te morderstwa.

- Morderstwa?

- Tak, modrerstwa. Właśnie dlatego to pana tu sprowadziliśmy. Zamordowano siedem osób i nikt nie umie wskazać choćby najmniejszej poszlaki, która mogłaby doprowadzić nas do sprawcy.

- Zaraz, od kiedy to urząd skarbniczy zajmuje się sprawami jakichś morderstw?

- Od kiedy ofiarami stają się nasi… informatorzy. Straż cesarska nic sobie z tego nie robi, w końcu kilku żebraków mniej jest im tylko na rękę. Jedyne co robią, to wypisują akty zgonów, w rubryki wstawiając niezidentyfikowane dane…

- Ach, zatem mordowani są żebracy zbierający dla was pieniądze?

- Zamknij się pan, panie elf. Niech pan pamięta, że jest pan nam winien przysługę.

- Niestety.

- Tak czy siak, jest pan dość biegły w sprawach inwigilacji, jeśli można to tak nazwać. Jako, że morderstwa te nasiliły się w ciągu ostatniego tygodnia a giną tylko najwybitniejsi z naszych ludzi, wezwaliśmy pana. Musi się pan dowiedzieć kto eliminuje żebraków z ulic dzielnicy portowej, ale i.. nie, raczej przede wszystkim, dlaczego to robi.

- Dowiedzieć? Nie prościej byłoby po prostu go przyłapać na gorącym uczynku i zabić go na miejscu?

- Na Talosa, nie praktykujemy tu skrytobójstwa!

- Jasne.

- Cóż… Tak czy siak, swoje zadanie już pan zna. Nirijel odprowadzi pana do pańskiej izby, rano ktoś z naszych ludzi dostarczy panu resztę informacji. Dobranoc, Panie Adyriel.

Nie odpowiedział. Nie dlatego, że nie lubił urzędników i nie chciał życzyć mu dobrej nocy, lecz dlatego że znowu się zamyślił. Wszystko wydaje się dziwne, nic nie ma sensu. Żebracy? Spisek? Po co mieliby go ściągać z Leyawiin do śmierci kilku żebraków?

Ale teraz to nie miało znaczenia. Teraz priorytetem było dostać się do komnaty i położyć spać, jednocześnie nie patrząc Nirijel w oczy.

W piękne, niebieskie oczy.

Ogromna błyskawica z hukiem rozcięła czerwone niebo. Taką czerwień w nocy można zobaczyć tylko w wymiarze otchłani. Wiedział to, chociaż nigdy tam nie był. I nie zamierzał się tam wybierać. Zresztą, w tej chwili nawet nie myślał o wybieraniu się gdziekolwiek. Teraz miał inne zmartwienia.

Ruszył przed siebie, obierając jedyną dostępną ścieżkę. Dookoła był tylko ogień, pod nim spalona ziemia, nad nim krwistoczerwone niebo, a przed nim dom, mała rybacka chatka, lekko już nadpalona. Ruszył więc, z każdym krokiem czując jak robi się coraz cieplej. Był brudny, spragniony, zmęczony, a mimo to coś ciągnęło go do tej chatki, chociaż nie wiedział co.

Doszedł.

Nacisnął delikatnie na klamkę, nie ustąpiła. Jeszcze raz nacisnął klamkę, pchnął drzwi. Bez skutku. Słyszał, że ktoś jest w środku, jedna osoba. Nie była świadoma zniszczenia, które otoczyło mały domek, nie wiedziała, że tylko czeka by zdławić ją w sobie, by ją zrównać z ziemią. Nie była świadoma, a Sandrir chciał ją ostrzec. Nie mógł. Drzwi były zamknięte.

Odsunął się, kopnął w drzwi – nic. To bez sensu, pomyślał. Wiedział, że tych drzwi i tak nie sforsuje. Odsunął się jeszcze dalej, rozejrzał się. Dostrzegł małe okienko, tuż przy drzwiach. Podszedł do niego, zajrzał do środka. Jedyne co widział to swoje własne odbicie, na tle czerwonego nieba i migoczących płomieni. Kolejna błyskawica, o wiele potężniejsza niż poprzednia, na moment oświetliła wnętrze chaty. Na chwilę, ale ta wystarczyła by cesarski zobaczył, że w środku była kobieta. Oparł dłonie o szybę, przywarł do nich głową. Słabo, ale jednak, był już w stanie zobaczyć co dzieje się w środku.

Read the rest of this entry »

Postanowiłem, że i tutaj powinienem zamieścić te opowiadania. Coby się nie zgubiły. Może z czasem je dokończe.

I – Wyrzuty Sumienia

-Przecież i tak nikogo nie obchodzi jak zarabiasz. Ważne jest to ile zarabiasz.
powiedział wesoło, zmywając z klingi miecza świeżą krew. Nikt nie wiedział czy cokolwiek łączyło go z Zorthanem Imueriethem. Nikogo zresztą specjalnie to nie obchodziło. Tej nocy sakiewka Sandrira została dociążona dodatkowymi septimami. Tej nocy też po raz ostatni widziano Zorthana.
Oh.. Witaj. Nie spodziewałem się tu Ciebie o tej porze. Widzę, że odnalazłaś mnie w mojej małej kryjówce. Cóż, ogród, sadzawka, wieczór… Niezbyt oryginalne miejsce. Ale to dobrze. Usiądź, porozmawiajmy.
Usiądź, proszę. Nie obawiaj się Jeanele, chce tylko porozmawiać.
Widzisz, ostatnimi czasy jest mi ciężko. Pewnie zauważyłaś, że ostatnio ciężko mnie spotkać w nocy w mojej komnacie. Słuchasz? Dobrze… Widzisz, ostatnio jest mi ciężko. Nie, nie z Twojego powodu. Czuje się źle. Czuje się paskudnie, czuje się… Winny. Widzisz… Pamiętasz moją ostatnią podróż? Kiedy wspólnie z moim bratankiem i dwoma chłopakami pojechaliśmy na południe, do Leyawiin, sprzedać skóry i troche mięsa? Nie obawiaj się, nie zdradziłem Cię wtedy, jak pewnie sądzisz. Jesteś jeszcze? To dobrze. Widzisz, potrzebuję tej rozmowy.
Wracając z Leyawiin do Cesarskiego Miasta, do Ciebie, do domu, zjechaliśmy z traktu. Tuż przed bravil zauważyliśmy światła. Oberża, pomyśleliśmy, może nawet jakaś wioska. Było ciemno, deszcz lał niemiłosiernie, a konie i ludzie byli zmęczeni jak cholera. Podjechaliśmy więc tam, gdzie nas światła kierowały, do niewielkiej wioski. Nazwy nie pamiętam…
Jesteś jeszcze? Posłuchaj mnie, proszę.
Wyprawa do Leyawiin nie była zbyt udana. Nie sprzedaliśmy nawet połowy naszych towarów… Byliśmy, prawdę mówiąc, nieźle zdołowani. Postanowiliśmy zapić smutki w miejscowej karczmie… Nie była ona wielka. Mały szynk, dwa stoliki, dwa pokoje na górze. Ja i Viques mieliśmy spać na górze, chłopaki mieli nocować na zewnątrz, z końmi i zapasami. Wpierw jednak wszyscy siedzieliśmy w głownej sali, korzystając z tego, co mieli tu najlepsze. Nawet nie próbowałem liczyć ile kufli przelaliśmy, wiedziałem że to i tak nie ma sensu. W końcu przyszło nam do głowy zrekompensować sobie nieudany handel. Zaczęliśmy się pytać pijących, czy nie chcieli by skorzystać z naszych usług. Ktoś zapytał się, czy jesteśmy najemnikami. Oczywiście nie mogliśmy kłamać, nawet w takiej wsi. Naraziło by to naszą reputację. Odparłem, że nie. Cóż, może gdybym w tamtej chwili pomyślał, odłożył alkohol i ogłosił że czas na spoczynek, może to wszystko potoczyłoby się innaczej?
Słuchasz mnie? Wiem, przynudzam. Ale naprawdę, potrzebuję tego.
Widzisz, nie zrobiłem tego. Alkohol bardzo rozwiązał języki. I nam i tamtejszym mieszkańcom. W moment dowiedzieliśmy się czemu szukają najemników i jaka jest stawka za wykonanie zadania. Ale nie, im nie byli potrzebni najemnicy, gildia wojowników, czy jakiś inny pieprzony charakternik. Im było potrzebne Mroczne Bractwo, a my, psia mać, tak się napruliśmy że postanowiliśmy się w taką organizację pobawić. Dowiedzieliśmy się o małej grupce złodzieji, mieszkających nie dalej niż ćwierć mili od ich osady. Ponoć żyli wśród mieszkańców przez dobre ćwierć wieku. Jakaś rodzina, czy coś. Nie wiem. Nie obchodziło nas to zbytnio. Ale temat był, alkohol był… Czemu by nie. Podobno żyli, dopóki jednej rodzinie nie zaczęły ginąć zapasy. A to kawałek suszonego mięsa, a to jakieś warzywa… Podobno nawet owce im podkradali. Wiesz przecież, jak zżyci są mieszkańcy takich wsi. I jak zżywają się gdy trzeba wypędzić kogoś za kradzież. Więc wypędzili. Widłami wygnali kradziejów ze swej społeczności, zabraniając wstępu do wsi. Ale zapasy jak ginęły, tak giną nadal. Nigdy jednak nie przyłapano złodzieja.
Jeanele, kochana, posłuchaj jeszcze, proszę. I nie patrz na mnie takimi oczami. Naprawdę, potrzebuję tego.
Widzisz, tamtej nocy zawarliśmy umowę z mieszkańcami tej osady. W zamian za trochę grosza… Niewiele. Mniej więcej połowa wartości tego, co było w jukach. Tyle obiecano nam, za przemówienie do rozsądku tamtej wypędzonej rodzinie, a my, głupi pijacy, przystaliśmy na to. Więc, wspólnie z młodym Viquesem, ściągneliśmy po pochodni ze ściany, zwołaliśmy chłopców i pojechaliśmy na wschód, tam gdzie starszy wskazał obozowisko wypędzonych. Nie pamiętam co sobie wtedy myśleliśmy, ani z jakim zamiarem tam jechaliśmy. Nie wiem, co chciałem powiedzieć wypędzonemu ojcowi na temat jego rodziny. Nie pamiętam jak chciałem mu przemówić do rozsądku. Nie pamiętam, choć myślałem o tym przez całą drogę. A ta zdawała się być cholernie krótka. A może to alkohol zatarł mi pamięć… Tak czy siak, dojechaliśmy tam w końcu.
Byli tam. Ojciec miał może trzydzieści lat.. Był niewiele młodszy ode mnie. Matka, o wiele młodsza, wyglądała jakby dopiero zaczęła nosić drugi krzyżyk. No i syn.. Piętnaście, może szesnaście lat. Cesarscy, tak jak ja… Chwilę rozmawialiśmy. Nie pamiętam dokładnie przebiegu dialogu, ale pamiętam, że doszło do kłótni. Jeden z naszych wyciągnał broń. Nawet nie pamiętam który, ale pamiętam jego krzyk, gdy spadał z konia. Ojciec wypędzonej rodziny był szybszy, ściągnął go ręcznie robioną piką z konia, przebijając mu przy tym klatkę. Viques wyciągnął miecz chwilę potem. Coś błysnęło, coś świsnęło… Ojciec leżał nieżywy. Pomimo stanu upojenia alkoholowego, jego wyraz twarzy pamiętam dobrze, wyraźnie, z każdym możliwym do zapamiętania szczegółem. Strach w połączeniu z bólem. Aż mnie skręca jak sobie przypomnę.
Poczekaj, nie odchodź jeszcze. Daj dokoczyć.
Młody syn również dobył broni. O dziwo, pomimo młodego wieku był dobrze wyszkolony w sztuce fechtunku. Drugi z chłopców walczył z nim dłuższą chwilę. Jednak młode, słabiutkie ręce nie mogą się równać z rosłym redgardem. Krzyk chłopca rozdarł ciszę nocy chwilę później. Szloch matki płaczącej nad ciałem męża też ucichł bardzo szybko. Lecz nie od naszych broni, o nie. Jej płacz przerwała inkantacja zaklęcia, wydobywająca się z jej ust. Biało-niebieski błysk, głośny trzask i ciało Rosłego Redgarda, który chwilę wcześniej pozbawił ją najcenniejszego leżało teraz, bezwładne, skręcone, lekko dymiące. I tu zaczęła się moja rola. A może zaczęła już w momencie, gdy zarządziłem postój w tamtej karczmie? Widzisz, ja nie potrzebowałem inkantować zaklęcia, które wystarczyło by pozbawić ją życia. Mi wystarczyła krótka myśl, delikatny gest… Zabiliśmy ich, rozumiesz? Zabiliśmy.
Czekaj, gdzie idziesz? Proszę, nie odchodź… Czekaj! Nie chciałem tego! Nie jestem zabójcą! NIE JESTEM CHĘDOŻONYM ZABÓJCĄ!

Jeanele Arthanis
12 dzień ostatiego siewu 68 roku IV Ery – 2 dzień pierwszego siewu 1 roku V Ery
Ostatni krąg piekła jest dla zdrajców i samobójców. Powodzenia.
Autor nieznany

Subscribe to Studium Szaleństwa