Święta idą.
Tak. Święta… Nadchodzą co roku, zawsze w grudniu, jednak czasami w wiosnę… Święta to podobno czas miłosierdzia, dzielenia się z innymi, przemyśleń, postanowień, obietnic poprawy – boże narodzenie miało pewnie w zamiarze zmusić nas mniej lub bardziej pośrednio do zmian: zmian w naszym zachowaniu, w naszym słownictwie, ubiorze, usposobieniu. Zmian na lepsze. Nie mniej jednak, zmian, których efektu nie widać.
Ludzie się zmieniają, jak wielu mawia, zapewne nie do końca rozumiejąc znaczenie tych słów. Faktycznie, zmieniają się, to wynika z zasad którymi rządzi się nasz organizm. Ale zmienia się na gorsze. To widać po wszystkim – widać to w telewizji, na ulicy, w domach, wśród sąsiadów, przyjaciół, rodziny… Niech każdy w tym momencie sięgnie pamięcią wstecz, do swojego dzieciństwa – do czasów kiedy biegał beztrosko na podwórku, bawiąc się w chowanego. Do czasów wczesnej podstawówki, gdy troski i problemy zdawały się w ogóle nie istnieć. Pamiętacie te czasy? To teraz zróbcie sobie szybki przeskok o rok naprzód. I następny. I następny…
Z każdym rokiem nasz entuzjazm wygasał. Coraz więcej rzeczy zaczynało drażnić nas dookoła – szkoła, a potem praca, nie tylko odebrały nam zabawę w chowanego, ale i sprawiły że chodziliśmy niewyspani. Pojawiły się uczucia – miłość, przyjaźń, nienawiść… Tego wcześniej nie było. A teraz jest.
Z jednej strony to dobrze – miłość to coś czego nam potrzeba, co dostarcza nam szczęścia i otuchy, chociaż to… Z drugiej, miłość nie jedną parę zaprowadziła już do nienawiści.
Nasz organizm ma to do siebie, że się rozwija. Na początku jest młody i piękny, potem wspaniały i silny, potem osłabiony i kruchy, a na końcu obumiera… To samo dzieje się ze wszystkim w przyrodzie. Czy to samo ma stać się z naszym światem?
Czy faktycznie wszystko dookoła stało się kurewsko szare i mętne, czy po prostu zmienił się nam punkt widzenia?
