I – Wyrzuty Sumienia
Postanowiłem, że i tutaj powinienem zamieścić te opowiadania. Coby się nie zgubiły. Może z czasem je dokończe.
I – Wyrzuty Sumienia
-Przecież i tak nikogo nie obchodzi jak zarabiasz. Ważne jest to ile zarabiasz.
powiedział wesoło, zmywając z klingi miecza świeżą krew. Nikt nie wiedział czy cokolwiek łączyło go z Zorthanem Imueriethem. Nikogo zresztą specjalnie to nie obchodziło. Tej nocy sakiewka Sandrira została dociążona dodatkowymi septimami. Tej nocy też po raz ostatni widziano Zorthana.
Oh.. Witaj. Nie spodziewałem się tu Ciebie o tej porze. Widzę, że odnalazłaś mnie w mojej małej kryjówce. Cóż, ogród, sadzawka, wieczór… Niezbyt oryginalne miejsce. Ale to dobrze. Usiądź, porozmawiajmy.
Usiądź, proszę. Nie obawiaj się Jeanele, chce tylko porozmawiać.
Widzisz, ostatnimi czasy jest mi ciężko. Pewnie zauważyłaś, że ostatnio ciężko mnie spotkać w nocy w mojej komnacie. Słuchasz? Dobrze… Widzisz, ostatnio jest mi ciężko. Nie, nie z Twojego powodu. Czuje się źle. Czuje się paskudnie, czuje się… Winny. Widzisz… Pamiętasz moją ostatnią podróż? Kiedy wspólnie z moim bratankiem i dwoma chłopakami pojechaliśmy na południe, do Leyawiin, sprzedać skóry i troche mięsa? Nie obawiaj się, nie zdradziłem Cię wtedy, jak pewnie sądzisz. Jesteś jeszcze? To dobrze. Widzisz, potrzebuję tej rozmowy.
Wracając z Leyawiin do Cesarskiego Miasta, do Ciebie, do domu, zjechaliśmy z traktu. Tuż przed bravil zauważyliśmy światła. Oberża, pomyśleliśmy, może nawet jakaś wioska. Było ciemno, deszcz lał niemiłosiernie, a konie i ludzie byli zmęczeni jak cholera. Podjechaliśmy więc tam, gdzie nas światła kierowały, do niewielkiej wioski. Nazwy nie pamiętam…
Jesteś jeszcze? Posłuchaj mnie, proszę.
Wyprawa do Leyawiin nie była zbyt udana. Nie sprzedaliśmy nawet połowy naszych towarów… Byliśmy, prawdę mówiąc, nieźle zdołowani. Postanowiliśmy zapić smutki w miejscowej karczmie… Nie była ona wielka. Mały szynk, dwa stoliki, dwa pokoje na górze. Ja i Viques mieliśmy spać na górze, chłopaki mieli nocować na zewnątrz, z końmi i zapasami. Wpierw jednak wszyscy siedzieliśmy w głownej sali, korzystając z tego, co mieli tu najlepsze. Nawet nie próbowałem liczyć ile kufli przelaliśmy, wiedziałem że to i tak nie ma sensu. W końcu przyszło nam do głowy zrekompensować sobie nieudany handel. Zaczęliśmy się pytać pijących, czy nie chcieli by skorzystać z naszych usług. Ktoś zapytał się, czy jesteśmy najemnikami. Oczywiście nie mogliśmy kłamać, nawet w takiej wsi. Naraziło by to naszą reputację. Odparłem, że nie. Cóż, może gdybym w tamtej chwili pomyślał, odłożył alkohol i ogłosił że czas na spoczynek, może to wszystko potoczyłoby się innaczej?
Słuchasz mnie? Wiem, przynudzam. Ale naprawdę, potrzebuję tego.
Widzisz, nie zrobiłem tego. Alkohol bardzo rozwiązał języki. I nam i tamtejszym mieszkańcom. W moment dowiedzieliśmy się czemu szukają najemników i jaka jest stawka za wykonanie zadania. Ale nie, im nie byli potrzebni najemnicy, gildia wojowników, czy jakiś inny pieprzony charakternik. Im było potrzebne Mroczne Bractwo, a my, psia mać, tak się napruliśmy że postanowiliśmy się w taką organizację pobawić. Dowiedzieliśmy się o małej grupce złodzieji, mieszkających nie dalej niż ćwierć mili od ich osady. Ponoć żyli wśród mieszkańców przez dobre ćwierć wieku. Jakaś rodzina, czy coś. Nie wiem. Nie obchodziło nas to zbytnio. Ale temat był, alkohol był… Czemu by nie. Podobno żyli, dopóki jednej rodzinie nie zaczęły ginąć zapasy. A to kawałek suszonego mięsa, a to jakieś warzywa… Podobno nawet owce im podkradali. Wiesz przecież, jak zżyci są mieszkańcy takich wsi. I jak zżywają się gdy trzeba wypędzić kogoś za kradzież. Więc wypędzili. Widłami wygnali kradziejów ze swej społeczności, zabraniając wstępu do wsi. Ale zapasy jak ginęły, tak giną nadal. Nigdy jednak nie przyłapano złodzieja.
Jeanele, kochana, posłuchaj jeszcze, proszę. I nie patrz na mnie takimi oczami. Naprawdę, potrzebuję tego.
Widzisz, tamtej nocy zawarliśmy umowę z mieszkańcami tej osady. W zamian za trochę grosza… Niewiele. Mniej więcej połowa wartości tego, co było w jukach. Tyle obiecano nam, za przemówienie do rozsądku tamtej wypędzonej rodzinie, a my, głupi pijacy, przystaliśmy na to. Więc, wspólnie z młodym Viquesem, ściągneliśmy po pochodni ze ściany, zwołaliśmy chłopców i pojechaliśmy na wschód, tam gdzie starszy wskazał obozowisko wypędzonych. Nie pamiętam co sobie wtedy myśleliśmy, ani z jakim zamiarem tam jechaliśmy. Nie wiem, co chciałem powiedzieć wypędzonemu ojcowi na temat jego rodziny. Nie pamiętam jak chciałem mu przemówić do rozsądku. Nie pamiętam, choć myślałem o tym przez całą drogę. A ta zdawała się być cholernie krótka. A może to alkohol zatarł mi pamięć… Tak czy siak, dojechaliśmy tam w końcu.
Byli tam. Ojciec miał może trzydzieści lat.. Był niewiele młodszy ode mnie. Matka, o wiele młodsza, wyglądała jakby dopiero zaczęła nosić drugi krzyżyk. No i syn.. Piętnaście, może szesnaście lat. Cesarscy, tak jak ja… Chwilę rozmawialiśmy. Nie pamiętam dokładnie przebiegu dialogu, ale pamiętam, że doszło do kłótni. Jeden z naszych wyciągnał broń. Nawet nie pamiętam który, ale pamiętam jego krzyk, gdy spadał z konia. Ojciec wypędzonej rodziny był szybszy, ściągnął go ręcznie robioną piką z konia, przebijając mu przy tym klatkę. Viques wyciągnął miecz chwilę potem. Coś błysnęło, coś świsnęło… Ojciec leżał nieżywy. Pomimo stanu upojenia alkoholowego, jego wyraz twarzy pamiętam dobrze, wyraźnie, z każdym możliwym do zapamiętania szczegółem. Strach w połączeniu z bólem. Aż mnie skręca jak sobie przypomnę.
Poczekaj, nie odchodź jeszcze. Daj dokoczyć.
Młody syn również dobył broni. O dziwo, pomimo młodego wieku był dobrze wyszkolony w sztuce fechtunku. Drugi z chłopców walczył z nim dłuższą chwilę. Jednak młode, słabiutkie ręce nie mogą się równać z rosłym redgardem. Krzyk chłopca rozdarł ciszę nocy chwilę później. Szloch matki płaczącej nad ciałem męża też ucichł bardzo szybko. Lecz nie od naszych broni, o nie. Jej płacz przerwała inkantacja zaklęcia, wydobywająca się z jej ust. Biało-niebieski błysk, głośny trzask i ciało Rosłego Redgarda, który chwilę wcześniej pozbawił ją najcenniejszego leżało teraz, bezwładne, skręcone, lekko dymiące. I tu zaczęła się moja rola. A może zaczęła już w momencie, gdy zarządziłem postój w tamtej karczmie? Widzisz, ja nie potrzebowałem inkantować zaklęcia, które wystarczyło by pozbawić ją życia. Mi wystarczyła krótka myśl, delikatny gest… Zabiliśmy ich, rozumiesz? Zabiliśmy.
Czekaj, gdzie idziesz? Proszę, nie odchodź… Czekaj! Nie chciałem tego! Nie jestem zabójcą! NIE JESTEM CHĘDOŻONYM ZABÓJCĄ!
Jeanele Arthanis
12 dzień ostatiego siewu 68 roku IV Ery – 2 dzień pierwszego siewu 1 roku V Ery
Ostatni krąg piekła jest dla zdrajców i samobójców. Powodzenia.
Autor nieznany
