Mijają kolejne miesiące, ludzie przychodzą, odchodzą, czas mija a ja stoję w miejscu.
Zaczynam się zastanawiać czego właściwie dokonałem, co spierdzieliłem, co zrobić jeszcze muszę… W jednej chwili tańczę – wokół jest ciemno, widzę tylko jej oczy. Chwilę później biegam z aparatem po ruinach jakiegoś zamku… Błyska lampa, już piszę pierwszy, poważny egzamin w moim życiu. Wychodzę z klasy, jestem nad jeziorem, robię kolejny kurs nurkowy. Nie pierwszy, pewnie i nie ostatni. Jak tylko się wynurzam orientuję się, że siedzę na ognisku klasowym. Żegnam się z wszystkimi, dopiero zaczynając rozumieć jak bardzo będzie mi ich brakowało.
Zasypiam.
Budzę się w chorwacji. Robię kolejny już kurs, tym razem na fotografa podwodnego… Poznaję nowych ludzi, wiążą się nowe znajomości. Jedne mocniejsze, inne mniej. Gdy tylko schodzę z łodzi do portu, już siedzę w pociągu. Peron za peronem, powoli. Żabieniec, Łódź Kaliska, tor pierwszy przy peronie trzecim. To nie moja stacja. Kiedyś była. Jadę dalej, przed siebie. Zastanawiam się, czy mój pociąg kiedykolwiek jeszcze zawróci…
Tak to już z nami jest. Robimy coś, jesteśmy z tego zadowoleni, a chwilę później obracamy to wszystko w zgliszcza i próbujemy zacząć wszystko od nowa. Problem jednak polega na tym, że my jesteśmy cholernym lepem na błędy. Wprost uwielbiamy je popełniać, dlatego ten tok błędów nigdy się nie kończy.
Bo niestety, na tym to polega.
Wszystko co się rodzi, kiedyś musi umrzeć.
Nasze dokonania, nasze uczucia, nasze ciała. A ile człowiek by oddał, by zacząć od nowa.
Boże. Jak ja pierdolę.